Dwie lekcje marketingu z „Dziedzictwo. Hereditary”

Dwie lekcje marketingu z „Dziedzictwo. Hereditary”

Opublikowany

Krytycy ogłosili debiut reżyserski Ari Astera jednym z najlepszych horrorów dekady. W trakcie seansu widzowie osiągają podobno tętno biegnącego przez dłuższy czas mężczyzny (ciekawe czy tak samo się pocą? – tego nie zmierzyli...). Po 126 minutach wiem jedno – od Ariego marketingowcy mogą uczyć się storytellingu, w tym schematu budowania kampanii marketingowej oraz łączenia różnych narzędzi komunikacji tak, by były jeszcze efektywniejsze.

Na początek trailer. Tak to tylko tu zostawię (uwaga, wgniata w krzesło).  

Kampania marketingowa – jak przeprowadzić ją od startu do punktu kulminacyjnego

Czy horror może być zbyt straszny? Trudno tak powiedzieć o „Dziedzictwo. Hereditary”. Film raczej nie doprowadzi Was do przeraźliwych krzyków. Będziecie jednak czuć narastające i trudne do opisania dyskomfort i niepewność. Obiecuję :)
Dowód? Badanie tętna przeprowadzone w USA na 20 ochotnikach, którym w ramach oglądania seansu stale rośnie tempo uderzeń serca. Na początku bije spokojnie, poniżej 100 uderzeń na minutę. To mniej więcej taki poziom napięcia, jak przez pierwsze 30 minut meczu Polska-Senegal. Ja do Ciebie, Ty do mnie. Nuda. Później tempo systematycznie rośnie, by po 90 minutach osiągnąć 164 uderzenia! Takie tętno ma wytrenowany biegacz podczas ciężkiego treningu, albo my po długim sprincie do autobusu...  
Wykres tętna widzów idealnie pokazuje, jak powinniśmy opowiadać historie. Jak budować napięcie w kampaniach marketingowych - stopniowo, narastająco. Jak powoli angażować i przekonywać naszego odbiorcę/klienta.

Na konkretach. Zamiast od razu komunikować o wejściu na rynek nowego produktu, warto najpierw go zapowiedzieć. Teaser, trailer, cokolwiek. Później dalej budować coraz większe napięcie przepuszczając do mediów kolejne ciekawostki. A może jakiś „przeciek” wizualizacji nowego telefonu? Fabularny twist? Dopiero gdy nasi klienci mają 170 uderzeń serca na minutę  możemy zaserwować im danie główne. 

Wykorzystanie różnych narzędzi komunikacji

W horrorach zazwyczaj od początku wiemy z czym/kim będzie musiał zmierzyć się główny bohater – z duchem, małym opętanym dzieckiem, lalką lub nawiedzonym domem. Z łatwością przewidujemy scenę kulminacyjną, w której wszyscy będą krzyczeć z przerażenia i bólu, płakać, krwawić i modlić się do Boga.
Inaczej jest w „Dziedzictwo. Hereditary”, w którym Ari Aster miesza różne elementy, klasyczne dla horroru – odwołania do choroby psychicznej, opętania, obrzędów przywoływania, strasznego małego dziecka, ostracyzmu społecznego... i kilku innych, ale nie będę spoilerował. No i fantastycznej muzyki, która buduje nastrój grozy. Cała ta mieszanka sprawia, że wspomniane wcześniej uczucie dyskomfortu staje się jeszcze bardziej uciążliwe.
giphy
Giphy
To właśnie ta mieszanka różnych narzędzi sprawia, że tak mocno przeżywamy ten film. To truzim, ale z właśnie z takiej mieszanki narzędzi komunikacji powinniśmy korzystać w naszej pracy. W codziennym natłoku zadań i telefonów zapominamy o tym i ograniczamy się do standardowej informacji prasowej. Zamiast poświęcać godziny na pisanie tekstu, liczne poprawki i konstruowanie bazy mediów, żeby zdobyć 3 publikacje na niszowych portalach, może warto skorzystać z innych narzędzi? (czym zastąpić informację prasową?)

Odpowiecie - ale inne narzędzia kosztują. Tutaj przywołam inny horror - "Uciekaj", który przy budżecie 4,5 miliona dolarów zarobił $255 017 329. Innymi słowy, napisanie nikomu niepotrzebnej i nieefektywnej informacji prasowej też kosztuje. Jednak ostatecznie chodzi nam o efekt biznesowy. Nawet przy drobnym budżecie można zrobić coś skuteczniejszego niż "media pitch". 
P.S. Nie jestem fanem horrorów, ale w tym roku mamy kilka naprawdę ciekawych produkcji. „Ciche miejsce”,  „Przebudzenie dusz” czy omawiane „Dziedzictwo. Hereditary”  to kreacje, które dodają do gatunku coś świeżego. Siadajcie wygodnie...
giphy
Giphy

Udostępnij

Powiązane artykuły
Czy potrzebujemy kolejnej platformy video? – o IGTV słów kilka

temu

Rano, jeszcze przed wstaniem z łóżka, przeglądamy Instastories. W drodze do pracy dostajemy kilka nowych snapów. Podczas przerwy na kawę w korpo oglądamy śmieszny filmik na YT. W międzyczasie nowe stories, snapy. W domu oglądamy kilka materiałów poradnikowych na oraz daily vlog naszego ulubionego influencera. Z kolei na vimeo  filmiki z wakacji w poszukiwaniu inspiracji, a przed snem wybieramy coś z oferty Netflixa, Showmaxa czy HBO GO.
Wszystkie pytania, jakie chcieliście zadać freelancerowi w PR

temu

„Po co pracować dla kogoś? Sam przecież zarobię więcej. Chociaż z drugiej strony, znaleźć klienta nie jest tak łatwo, konkurencja duża”. Założę się, że większość z nas ma takie myśli na pewnym etapie swojej kariery w public relations czy marketingu. Jak to jest naprawdę z pracą na własny rachunek opowiedział mi Michał Wrzosek, który już od 8 lat pracuje jako freelancer, a do tego ma własny PR-owy sturtup.
Jak nie dać się "wypalić"?

temu

Ten wpis będzie nieco inny od tych, które piszę z reguły. Tym razem nie mam żadnej kolejnej spektakularnej kampanii do omówienia, nowych PR-owych poradników, narzędzi i w ogóle niczego w tym stylu. Tym razem chciałem żebyśmy pogadali o czymś, co w branży kreatywnej (zapewne nie tylko) często się zdarza – wypalenie. Jak się przed nim ustrzec? Gdzie szukać inspiracji?
Social listening pozwala PR-owcom realnie wpływać na rozwój biznesu

temu

Social listening to znacznie więcej niż standardowy monitoring mediów. O tym drugim, w kontekście public relations, powiedziano już chyba wszystko. Z kolei social listening to przyszłość, która pozwoli przekonać niejednego niezdecydowanego marketera, że PR może mieć realne przełożenie na biznes. Jest jednak  także kilka wyzwań, którym monitoring mediów musi sprostać w najbliższym czasie.